Przygotowania
- niedziela 22 Styczeń 2012
- Zostaw komentarz
… czasem także przemieszczam się w celach transportowych ;p Na ogół z Piły na niewielkie odległości. Jak kiedyś wam wspominałem , niemal zawsze mam przy sobie aparat. Niedawno spotkała mnie taka oto mgiełka :)
Sesja nad morzem w deszczowy niezbyt ciepły dzień. Jedna z nielicznych sesji w lipcu. Tak wielu przełożonych na później plenerów nie miałem nigdy w życiu. Ten odbył się planowo mimo ciężkich chmur, deszczu i dość silnego wiatru. Brawa dla młodych :)
Kiedyś już to pisałem, ale napiszę po raz kolejny – uwielbiam fotografować w Warszawie :)
Poniżej kilka kadrów z sesji w tym mieście, a także nasze pilskie klimaty. W roli głównej ta sama para młoda, której dziękuję za miłą sesję :)
Pilskie klimaty :)

Warszawskie klimaty:
Drodzy klienci. Do dnia 10.06.2011 r. przebywam w USA w zwiazku z tym kontakt telefoniczny ze mna bedzie utrudniony. Pozdrawiam i zapraszam do kontaktu przez e-mail.
Do wykonania tych kilku zdjęć zachęciła mnie dyskusja z pewnym kolegą. Podłożem była głębia ostrości i możliwość fotografowania na małej głębi aparatem małoobrazkowym. Wiąże się to z kilkoma problemami, z których najważniejszym i kluczowym jest jak zawsze światło. W tym przypadku nadmiar światła. Jak sobie z tym radzić ? Po prostu należy tą ilość światła ograniczyć. Ograniczać można oczywiście poprzez przymykanie szkła gdyż czas synchronizacji z lampami mamy i tak niezbyt wygórowany i wynosi on na ogół 1/160 do 1/200 sekundy. Przymykanie szkła zwiększy jednak głębię ostrości, która w założeniach ma być jak najmniejsza. Rozwiązań jest kilka. Najprostsze to o ile jest na to miejsce – odsunięcie lampy od modela/modelki. Kolejne to dodatkowa czasza lub deflektor wewnętrzny na softbox. Kolejne rozwiązanie to filtr szary ale to rozwiązanie ma wady. Pierwsza to ograniczenie światła w wizjerze, a druga to bardzo częste przekłamania kolorystyczne jakie dają takie filtry. Jednak jest to rozwiązanie skuteczne i przy odpowiednim doborze filtra da się nim uzyskać zadowalające efekty. Problemy z nadmiarem światła błyskowego w dużo mniejszym stopniu dotyczą sytuacji, w której używamy lamp błyskowych dedykowanych do aparatów. Mają one na ogół podział mocy do 1/64 lub 1/128. Tu mamy już niemal bezproblemowy dobór mocy błysku. Problem w tym, że taka lampa nie jest na ogół dedykowana do pracy w studio ale stosując parasolki zmiękczające światło możemy także dojść do dobrych efektów.
Z rozwiązań najprostszych do prezentacji, że można i da się osiągną małą głębię bez żadnych wielkich sztuczek wybrałem skręcenie lampy 500 Ws na minimum mocy oraz odsunięcie czaszy octoboxu na odległość około 2 metrów od modelki. Czas migawki to 1/160 natomiast przesłona wahała się od 1,2 do 1,8. Iso 50 oraz 100. Wniosek jaki nasuwa się sam to fakt iż średni format bardzo pomaga w uzyskaniu małej głębi gdyż daje na ogół czasy migawki w okolicy 1/500 jednak nie jest to jedyne rozwiązanie. Mały obrazek ma o wiele łatwiej dostępne jasne szkła co pomaga szczególnie gdy liczy się budżet. O wiele łatwiej także eksperymentować mając aparat cyfrowy zamiast 12 klatek na rolce + spore opóźnienie w obejrzeniu efektu końcowego.
Sesja nie miała na celu osiągnięcie artystycznych wyżyn i zdaję sobie sprawę, że można wycisnąć z takiego świecenia znacznie więcej :) Mimo pośpiechu zdjęcia te dały mi bardzo dużo frajdy. Dziękuję Ani Piwowarczyk za niecodzienną sytuację w której to ona pozuje ;p
Po okresie „milczenia” dziś pokażę wam kolejne zdjęcia mojego synka :)
Najpierw wspinanie się na nogi taty :)
.. w ulubionym fotelu śniadaniowo-obiadowo-kolacyjnym ;p
Kilka zdjęć ze studia
Bo misie są bardzo smaczne ;p
Misie służą też do pastwienia się nad nimi..
Misio jest mój ;)
Piłka też jest fajna
Jutro kolejne kilka zdjęć ;) Zapraszam
W zeszłym tygodniu z ekipą znajomych wybraliśmy się w Tatry. Najpierw nocą spacer do PTTK Ornak, a następnie w sobotę na Czerwone Wierchy. Droga długa i dość męcząca ale już po wszystkim dająca satysfakcję. Zejście z Wierchów zaczęliśmy niemal nocą i nocą też dotarliśmy spowrotem do Ornaka. Szczegółów wyprawy nie będę opisywał, ale jak zwykle było bardzo fajnie. Same Wierchy były w chmurach jednak były momenty w których można było podziwiać widok na okolicę.
W zeszłym miesiącu wybrałem się z The Cuts do Berlina aby co nieco pofocić na ich nową płytę. Było świetnie :) Sporo dobrej zabawy i pozytywnych emocji. Przemieszczanie się metrem, rozmowy z ludźmi i nocne fotografowanie, poszukiwania kebabu od „turka”, a później powrót do domu saabem Przemka :)
Dziękuję.
Cofete to jedno z najpiękniejszych miejsc na Fuerteventura. Ciemno, mrocznie i pusto. Dojeżdża się tam ubitą drogą o podłej jakości. Na szczęście samochodem z wypożyczalni więc stan zawieszenia nie stanowi przeszkody by się tam dostać. Jak już wdrapiemy się na wysokość około 500 metrów oczy widzą mniej więcej taki krajobraz :) Jest to zdecydowanie moje ulubione miejsce na tej wyspie i jedno z mroczniejszych jakie widziałem w życiu. Kojarzy mi się z Mordorem :) Fotografia pochodzi z 28 stycznia 2010 roku.
Dziś urodził się mój synek Szymon :) Chciałem się tym z wami podzielić :)
Właśnie leżę sobie na balkonie 5 metrów nad trawnikiem. W pokoju bzyczy wentylator pompując świeże powietrze do rozgrzanego jak piec poddasza. W nocy jest ponad 20 stopni ciepła i cieszę się, że mogę sobie na gatkach spędzać czas pod gołym niebem :) To taki wspaniały skutek uboczny tego bardzo gorącego lata. Być może zostanę tu do rana pijąc gorącą herbatę z miodem.
Na ochłodę dla wszystkich dam takie… zdjęcie z zimowego spaceru.
Warszawa zawsze była dla mnie kopalnią kadrów. Opinia o Warszawie i ludziach tam mieszkających jest znana w całej Polsce. Ja nigdy nie doświadczyłem w Warszawie czegoś złego. Lubię to miasto. Nie mógł bym tam żyć ale jego różnorodność i kontrasty po prostu uwielbiam. Jak nie lubić Warszawy gdy ona daje w zamian takie np. kadry :)
Kobieta z walizką…
Polska fotografia ślubna już dawno przekroczyła granice naszego pięknego kraju. W zeszłym roku uwieczniałem ślub sympatycznej pary w Holandii i było to ciekawe doświadczenie. W Polsce mamy schemat mniej więcej podobny na każdym weselu – powitanie, obiadek, pierwszy taniec, zabawa, oczepiny, zabawa do około 4.00.
Holenderskie zwyczaje nieco mnie zaskoczyły gdyż tam jest podobnie jak w Anglii lecz nie do końca. Powitanie gości jest podobne jak w naszym kraju. Ciasto pojawiło się od razu, a po nim nastąpiły niecałe dwie godzinki rozmów przy winku i piwku z przekąskami. Dopiero po tym czasie zaczęło dziać się nieco więcej. Wjechał samochód z przyczepą gastronomiczną i zdziwiony obserwowałem jak młody przygotowuje dla swojej żony kiełbaski i frytki będące tamtejszym specjałem. Było to ciekawe i niespotykane, a kiełbaski miały dobry smak. Dopiero po tym fakcie nastąpił pierwszy taniec i oficjalne rozpoczęcie zabawy. Grał świetny zespół, który przyjechał z własnym dźwiękowcem. Rzecz niespotykana w Polsce gdyż było nie było to kolejna głowa do podziału zysków. Zabawa świetna i trwająca do oczepin, które rozpoczęły się podobnie jak w Polsce. Po oczepinach młody i młoda pożegnali się z gośćmi i odjechali taksówką w nieznane , co jest kolejną różnicą w porównaniu do Polskich wesel. Później zabawa trwała jeszcze około pół godzinki i wesele zakończyło się :) Wyzwaniem była tez konieczność wykonania sesji ślubnej w dniu ślubu. Dowiedziałem się o tym później ale w Holandii jest to ponoć standard i niewiele par godzi się na sesję w innym dniu niż ślub.
Muszę tu podziękować Joannie i Martijnowi za zaufanie i sporo frajdy jaką miałem podczas tego zlecenia.
Lubię to zdjęcie. Przypomina mi wakacje pod namiotem w 2008 roku. Lipiec i przyjemne ciepło dookoła, które zostało przerwane silną ulewą jaka przetoczyła się wtedy nad półwyspem helskim. Zawsze chciałem sfotografować zatokę pucką w takich właśnie warunkach, tj po burzy.
Gdy tylko szmer kropel spadających na brezent namiotu ucichł, postanowiłem pójść sfotografować kutry w porcie w Jastarni. Gdy byłem już w porcie dostrzegłem odchodzącą w dal chmurę burzową po lewej stronie portu. Poszedłem więc wzdłuż brzegu i wchodziłem w coraz większe zarośla. Gdy chciałem już zawrócić dostrzegłem łódki zacumowane w niewielkiej zatoczce, która okazała się starym portem w Jastarni. Na brzegu powywracane do góry dnem łodzie rybackie, sporo lin, stare sieci i charakterystyczny zapach pozostałości po połowach. Niedaleko brzegu zacumowane były trzy łodzie w tym i STOPIĄTKA. Była przepiękna niemal unosząc się na tafli wody łączącej się w oddali z niebem. Łódka była oświetlana z przodu przez słońce, które było nadal dość wysoko. Natomiast niesamowita barwa nieba to zasługa odchodzącej w dal ulewy i chmur burzowych. Uwielbiam przypominać sobie tę flautę jaka była po burzy, tę ciszę i jakąś magię w powietrzu… Tak blisko cywilizacji, tak blisko straganów z pamiątkami made in China i jednocześnie na tyle daleko, że można było o całym tym nadbałtyckim zgiełku zapomnieć. Mam nadzieję, że choć troszkę poczujecie nastrój tamtej chwili oglądając poniższe zdjęcie ![]()

SU-22.
W żargonie lotniczym nazywany „suką” samolot był kiedyś codziennością krajobrazu pilskiego. Dorastałem w mieście, w którym hałas silników su-22 startujących na dopalaczach był czymś tak normalnym, jak spotkanie zimą sikorki na drzewie :). Gdy rozwiązano pilską jednostkę, a samoloty przeniesiono do innych baz niektórym nadwrażliwym mieszkańcom ulżyło. Mi natomiast zrobiło się smutno i dopiero moja niedawna wizyta w Mirosławcu uświadomiła mi jak bardzo brakuje mi tego huku nad miastem. Rozgrzewanie silników, huk dopalacza i „suka” z warkoczem ognia wylatująca ponad las doskonale widoczna z poziomu miasta. To se ne wrati…
Jak już napisałem moje wspomnienia ożyły w związku z wizytą w Mirosławcu i możliwością fotografowania czegoś co kiedyś było codziennością, a czego wtedy nie fotografowałem, bo przecież… kiedyś pofocę, bo przecież było to zbyt bliskie i zbyt powszechne by zawracać tym sobie głowę…
Zobaczcie jak piękny jest widok startującego SU :)
Postanowiłem uruchomić cykl, którym pozamęczam od czasu do czasu.
Noc w Szczecinie, rok 2009, styczeń. Przejazd do Szczecina odbył się tylko po to by zawieźć tam pewną rzecz. Po jej zawiezieniu w drodze powrotnej do domku zajechałem z Agnieszką do KFC przy drodze wylotowej. Zjedliśmy coś, ja piłem nieprocentowy napój typu kawa, a Agnieszka Grzańca Galicyjskiego. Jako, że lubię mieć przy sobie aparat uwieczniłem Agnieszkę mimo jej wyraźnego sprzeciwu w chwili jak powiedziała „nie foć mnie”… ;) Taka właśnie jest krótka historia poniższej fotografii.